Strona główna > Wspomnienia
> Rozdział VII
Rozdział VII
NIEPODLEGŁOŚĆ
W styczniu 1990 roku
rozwiązała się PZPR
– Polska Zjednoczona Partia Robotnicza, nazywająca się dotąd dumnie, choć
samozwańczo „przewodnią siłą narodu”.
Naród z ulgą przyjął brak swego dotychczasowego przewodnika.
Czas Czwarty tej historii rodził się w bólach i entuzjazmie, a na tę
chwilę czekaliśmy całe 45 lat.
Odrodzona po pół
wieku zniewolenia niepodległa Rzeczpospolita Polska zaczęła stawiać swe
pierwsze chwiejne kroki w rodzinie wolnych narodów świata. Sejm, mimo że
kontraktowy i w 65% jeszcze komunistyczny, przywrócił dzień 3 maja, rocznicę
uchwalenia Konstytucji
w 1791 r. jako polskie święto narodowe. Święto to zostało zniesione przez
PRL, a nieśmiałe próby jego obchodów organizowane przez środowiska opozycyjne
były przez milicję bezlitośnie tępione.
W majowych wyborach samorządowych kandydaci KO”S”
odnieśli w Gliwicach duży sukces: zdobyli 43 mandaty w 50-cio osobowej Radzie
Miejskiej. Radnymi zostało wielu działaczy solidarnościowych, mych dawnych
znajomych i przyjaciół, wśród nich Zbyszek Pańczyk oraz była prokurator z Opola, Ewa Bojarska. Mimo że oczywistym kandydatem na
prezydenta miasta wydawał się Pańczyk, nowa Rada wybrała na to stanowisko
Andrzeja Gałażewskiego.
Kandydowałem na stanowisko przewodniczącego Rady
Miasta i zostałem wybrany. Na mych zastępców wybrano Janusza Witkowickiego z biura projektów „Prosynchem” i Tadeusza
Grabowieckiego z gliwickiej Politechniki. W ten sposób stałem
się pierwszym solidarnościowym, niekomunistycznym przewodniczącym Rady
Miejskiej w post PRL-owskiej historii gminy Gliwice i rozpoczęła się moja praca
w samorządzie. Była ona w jakimś sensie kontynuacją służby mego dziadka Wacława, naczelnika gruzińskiego powiatu Kutaisi przed 75-ciu laty.
Nawet i miasta te były podobnej wielkości – w 1991 roku Kutaisi liczyło 238
tysięcy mieszkańców, a Gliwice wówczas około 210 tysięcy.
Zapamiętałem dobrze nauki, jakich swego czasu
udzielał mi Generalny Projektant Polic Zenon Kacuga o tym, że praca w zespole wymaga, aby szef
miał bezwzględne zaufanie do swoich współpracowników. W tym celu musi wiedzieć
o nich wszystko (lub prawie wszystko). Urzędowanie swe w Biurze Rady Miejskiej
zacząłem więc od udania się do Działu Personalnego. Z zaskoczenia zażądałem od
kierowniczki wydania akt personalnych wszystkich urzędniczek których stałem się
szefem i wnikliwie je przestudiowałem od deski do deski. Ten niekonwencjonalny
krok, o którym wiadomość rozniosła się po Urzędzie, przyniósł mi w rezultacie
ich oddanie i szacunek. Pracownice Biura Rady odkryły w ten sposób, że ich
nowego szefa stać na różne zaskakujące posunięcia.
Zaczęła się teraz pasjonująca nauka zupełnie
nieznanej mi dotychczas dziedziny działalności, nieznanych problemów i
nieznanych zachowań wymagających stosowania trudnej sztuki dyplomacji. Pociechę
stanowił fakt, że nie byłem jedynym nowicjuszem w tej materii – uczyliśmy się
wszyscy. Niestety niemal natychmiast po wyborach wśród grupy prawicowych
radnych miejskich zaczęły rysować się różnice i podziały. Doprowadzić miały one
w przyszłości do rozdrobnienia i utraty większości. Ujawniać się też zaczęły
różne trudne do okiełznania indywidualności, wybujałe ambicje, nieposkromione
charaktery i wichrzycielskie natury. Lansowano pogląd, że naszym posłannictwem
jest absolutna negacja wszystkiego, co było w PRL-u. Wyobrażano sobie naiwnie i
nieodpowiedzialnie, że naprawa Rzeczypospolitej jest niezwykle prosta:
wystarczy z niej usunąć wszystko, co ma związek z PRL-em. Dla tego rodzaju
mentalności, postaw i zachowań wynaleziono potem doskonałe określenie – „oszołom”, czyli człowiek nie w pełni
świadomy tego co mówi i robi, ślepo oszołomiony (nie bardzo zresztą wiadomo,
czym: wolnością? demokracją? pasją niszczenia? Solidarnością?).
Z tymi nader licznymi niestety Solidarnościowymi
„oszołomami”, rozdającymi bezmyślnie i bezsensownie ciosy na oślep dookoła oraz
ich wybrykami coraz bardziej zaczynałem się wewnętrznie nie zgadzać. Stawiało
mnie to coraz częściej w sytuacji trudnych wyborów pomiędzy zdrowym rozsądkiem
a solidarnością ze swymi.
Na razie wzięliśmy się jednak zgodnie i z zapałem do
stanowienia lokalnych praw. Miały one na celu wspomaganie uruchamiania
wszelkiego rodzaju oddolnych inicjatyw obywatelskich oraz usuwanie ograniczeń i
monopoli otrzymanych w spadku po poprzednim ustroju. Zabraliśmy się także za
ochronę środowiska i likwidację tych zakładów przemysłowych, które dotąd od lat
niefrasobliwie i bezkarnie zatruwały nam gliwickie powietrze, którym oddychaliśmy.
Znów zaczęły się odwiedziny różnych obywateli miasta.
Wiele osób przychodziło, by podzielić się ze mną plotkami o bliźnich. W ich
zamyśle powinienem bym był wyciągnąć z nich różne korzystne dla opowiadających,
a niekorzystne dla owych bliźnich wnioski. Inne osoby odczuwały przepotężną
potrzebę by szczegółowo zrelacjonować mi swój życiorys. Wszystkie te
odwiedzające mnie osoby spotykał niestety zawód. Nie posiadałem cech dobrego
powiernika, takiego który nie tylko wysłuchuje potakując ze zrozumieniem, ale
także zapamiętuje, a potem usłyszane rewelacje potrafi ewentualnie zdyskontować
dla swej korzyści. Plotki łącznie z personaliami bohaterów opowieści
zapominałem niemal natychmiast po ich wysłuchaniu, a powierzane mi jako dowód
najwyższego zaufania przeciekawe życiorysy odwiedzających tak dalece mnie
nudziły, że z trudem powstrzymywałem się od nieuprzejmego odruchu ziewania.
Przychodziły także osoby, które w ten czy inny sposób
zostały pokrzywdzone przez uprzedni reżim i obecnie usiłowały znaleźć
sprawiedliwość. Tym w miarę możliwości starałem się pomóc. Byli także
entuzjaści, którzy przychodzili do mnie aby podzielić się swymi przemyśleniami
lub pomysłami, których nie mogli zrealizować w poprzednich warunkach.
Mój znajomy jeszcze z pracy w Biprokwasie,
artysta-fotografik Jerzy
Lewczyński przyszedł z ciekawą propozycją reaktywowania
pisania Kroniki Miejskiej oraz tworzenia fotograficznej dokumentacji miasta.
Prace takie prowadzone były systematycznie przez Niemców i jeszcze przez krótki
czas po wojnie. Potem zostały zarzucone. Lewczyński twierdził nie bez racji, że Gliwice zaczną się
teraz zapewne tak szybko przeobrażać, że w niedługim czasie staną się nie do
poznania. Obecny wygląd miasta i proces transformacji należy więc dokumentować.
Jego pomysł wydał mi się interesujący i godny poparcia. Wystąpiłem zatem z
inicjatywą podjęcia uchwały Rady Miejskiej w tej sprawie. Ku memu zdziwieniu,
nie spotkałem się z entuzjazmem ani zrozumieniem. Wprawdzie propozycja moja
została w końcu po licznych zabiegach i perswazjach przyjęta, lecz nie obyło
się to bez wielu oporów i głosów sprzeciwu. Jednakże do końca kadencji tej
Rady, a także i jeszcze przez kilka lat potem Kronika Miejska była bardzo kompetentnie
pisana przez doskonałą kronikarkę panią Wiesławę Dobrucką, którą zatrudniłem specjalnie w tym
celu. Rady Miasta Gliwice następnych kadencji nie kontynuowały niestety już tego
zwyczaju.
Radni miejscy nowej fali nie przywiązywali, a szkoda,
specjalnej wagi do zagadnienia zachowania ciągłości tradycji miasta bez względu
na ustrój polityczny, potrzeby opisu jego bieżącej historii i celowości dokumentowania
tych procesów. Byli zafascynowani zachodnimi wizjami neoliberalnej, racjonalnej
gospodarki rynkowej, w której jakoby nie było wiele miejsca dla tradycji i
historii, wymagających kosztownego mecenatu. Byli zauroczeni zmierzchową już
wówczas na Zachodzie, po nieudanych próbach wprowadzenia terrorem w krajach
Ameryki Łacińskiej, doktryną szoku ekonomicznego oraz wizjami leseferyzmu[1], z którymi przywódcy KLD[2] zapoznali się akurat ostatnio
podczas upragnionych staży zagranicznych w USA.
W jakiś czas
potem zwrócił się do mnie proboszcz parafii św.
Antoniego ksiądz Mikołaj Skawiński z prośbą, abym spowodował zwrot sztandaru
świętego Floriana, patrona hutników. Okazało się, że pracownicy Huty w
Gliwicach ufundowali w 1960 roku temu kościołowi sztandar swego patrona. W dniu
świętego Floriana miało odbyć się uroczyste poświęcenie sztandaru, połączone z
ceremonią polecenia gliwickich hutników opiece świętego. Zadziałać musiały jednakże
różne niechętne chyba świętemu ciemne siły, gdyż w przeddzień uroczystości
zjawiła się na plebanii milicja i sztandar zaaresztowała. Gliwiccy hutnicy, w
znoju i z poświęceniem wytapiający stal dla dobra PRL i całego obozu
socjalistycznego, nie mogli mieć swej upragnionej uroczystości. Według
rozeznania księdza sztandar podobno był przechowywany gdzieś w Urzędzie Miasta,
a może został wręcz zniszczony. Ksiądz prosił o wyjaśnienie.
Nie musiałem prowadzić długiego dochodzenia. Zarząd
Miasta jakoś nie kwapił się z poszukiwaniami. Natomiast lojalne wobec nowego
szefa pracownice Biura Rady Miejskiej, które odziedziczyłem po poprzednim
przewodniczącym, świadome nieoczekiwanych kroków jakie jestem w stanie podjąć,
ujawniły mi natychmiast gdzie trzeba go szukać. Sztandar wraz z innymi,
nadzwyczaj zapewne tajnymi dokumentami, znajdował się w jednym z sąsiednich
pomieszczeń Urzędu – był pieczołowicie przechowywany przez kierownika Wydziału
Wojskowego w jego pancernej szafie. Wezwałem tego urzędnika i nie pytając
Zarządu ani Rady Miejskiej o zdanie, poleciłem mu zwrócić sztandar księdzu.
Niedługo potem odbyły się u św. Antoniego uroczystości jego poświęcenia, na
które wraz z owym kierownikiem zostaliśmy zaproszeni, a pełni wdzięczności
delegaci hutników składali mi podziękowania za zwrócenie im ich własności.
Ksiądz proboszcz Mikołaj Skawiński to człowiek z rozmachem, inteligentny, rzutki
i energiczny. Nasza dalsza współpraca układała się doskonale, a ksiądz wiele
razy pomagał mi potem, nocując u siebie na plebanii różnych gości Rady
Miejskiej, dla których Zarządowi Miasta zabrakło funduszy na pokrycie kosztów
noclegu w hotelu. Tak stało się, gdy pewnego popołudnia zjawiła się u mnie w
domu niezapowiedziana delegacja rozradowanych francuskich strażaków ze
zbliźniaczonego z nami miasta Valenciennes. Ich radość
brała się z faktu, że po długiej jeździe swym czerwonym strażackim samochodem i
nie mniej długich poszukiwaniach tu na miejscu, w końcu znaleźli w tym mieście
kogoś władającego ich językiem. Ponieważ prezydent miasta odmówił mi
sfinansowania kosztów ich pobytu, zwróciłem się do księdza Skawińskiego o
pomoc. Ten nie odmówił mej prośbie i przez kilka dni pobytu w Gliwicach
strażacy nocowali na plebanii i byli tam stołowani będąc przekonanymi, że
dzieje się to na koszt ich bliźniaczego miasta.
Ksiądz Mikołaj miał również duszę nietuzinkowego
działacza społecznego i gospodarczego. Przepełniała go potrzeba czynu i
rozpierała energia. Słynne były jego tradycyjne wiosenne objazdy gospodarstw
rolnych w Wójtowej Wsi na peryferiach Gliwic. W ich trakcie w asyście co
znamienitszych gospodarzy odwiedzał konno kolejne gospodarstwa by je poświęcić.
Bardzo cenione przez parafian były kolonie letnie, jakie organizował dla dzieci
w Beskidach.
To ksiądz Skawiński był tym proboszczem, który bez wahania zgodził
się urządzić w swoim kościele uroczystość pierwszej komunii mej wnuczki Helenki
w nietypowym dla Polski terminie – podczas pasterki na Boże Narodzenie 1990 r.
Był to tradycyjny w rodzinie mego zięcia czas pierwszej komunii ich dzieci,
który ksiądz Mikołaj uszanował bez sprzeciwu.
Jego nieokiełznana energia pchnęła go do założenia w
swej parafii jednej z pierwszych w Polsce, a pierwszej na Śląsku katolickiej
rozgłośni „Radio Puls”. Rada Miasta przekazała znaczną kwotę na zakup
nadajnika. Niestety, jej wysokie w okresie rozruchu koszty utrzymania, których
potrzeby pokrywania świeżo utworzona w Gliwicach Kuria nie chciała zrozumieć,
dały lokalnemu biskupowi w kilka lat potem pretekst do zdjęcia księdza z
probostwa. Parafianie złożyli petycję do biskupa, opracowaną przez prawniczkę
Ewę Bojarską. Wraz z byłym już wówczas prezydentem
miasta, Piotrem Sarré ja też interweniowałem u księdza biskupa, na
którego ingresie byłem nie tak dawno obecny jako zaproszony oficjalny
przedstawiciel władz miejskich, ze wstawiennictwem w jego sprawie. Wszystko
było bezskuteczne. Hierarchia kościelna nie toleruje rzutkich i inteligentnych
młodych księży wyrastających na lokalne osobistości, widząc w nich rewolucyjne
zagrożenie dla ustalonego porządku. Na szczęście krakowscy przełożeni młodego
księdza Karola Wojtyły stanowili przykład chlubnego wyjątku od tej
reguły, dzięki czemu świat mógł zostać obdarzony polskim papieżem reformatorem.
Człowiekiem, który samymi tylko słowami potrafił wyzwolić swych rodaków spod
władzy niezniszczalnego zdawałoby się imperium sowieckiego.
Innego dnia zjawił się u mnie pewien mocno starszy
już pan. Przedstawił się jako Edward Landsmann, były legionista Marszałka
Piłsudskiego. Mieszkał w Gliwicach przy ulicy
Belojanisa. Nikos Belojanis był wybitnym greckim działaczem komunistycznym
i pan Landsmann uważał za hańbiące dla siebie aby on, legionista, broniący
Polski w 1920 roku przed komunistycznym zalewem, musiał jak na ironię na stare
lata mieszkać, a prawdopodobnie i dokonać żywota przy ulicy noszącej takie
imię. Prosił mnie więc abym spowodował, żeby Rada Miejska zmieniła nazwę jego
ulicy na „Aleja Marszałka Józefa Piłsudskiego”.
Doskonale rozumiałem
starego legionistę. Mnie też nie byłoby przyjemnie, gdybym musiał mieszkać przy
ulicy o takiej nazwie. W ramach przysługujących mi uprawnień zgłosiłem więc
odpowiedni projekt uchwały Rady Miejskiej. Tym razem Rada poszła nawet dalej
niż prosił mieszkaniec Gliwic: jego ulicę przemianowała na ulicę „generała
Władysława Andersa” , zaś Marszałkowi poświęciła jeden z
centralnych placów miasta, z którego niedawno usunięto okazały obelisk sławiący
Armię Radziecką, wyzwolicielkę Gliwic. Ucieszony pan Landsmann podarował mi w podzięce przedwojenną
fotografię Marszałka w maciejówce. Ozdabia ona odtąd jedną ze ścian mego
gabinetu.
W okresie między świętami Bożego Narodzenia a Nowym
Rokiem pierwszego roku mego urzędowania, do biura Rady Miejskiej a także i na
mój domowy adres posłańcy dostarczyli szereg przesyłek. Były to „Dowody szacunku, pamięci i uznania z okazji
Świąt dla Pana Przewodniczącego”. Tak było napisane w towarzyszących im
biletach wizytowych prezesów lub właścicieli znaczących lokalnych firm. Paczki
zawierały przeważnie obfity wachlarz luksusowych artykułów delikatesowych oraz
wysokiej klasy zagranicznych napojów alkoholowych. Była to niewątpliwie
kontynuacja zakorzenionych od dziesięcioleci zapewne obyczajów. Szefowie
gliwickich podmiotów gospodarczych dyskretnie dawali w ten sposób znać o sobie
nowym solidarnościowym Władzom Miasta i delikatnie dawali im do zrozumienia, że
nic się nie zmieniło. Że mimo ewentualnych różnic światopoglądowych, w dalszym
ciągu liczą na ścisłą przyjazną współpracę ku obopólnej korzyści, tak jak to
miało miejsce w przypadku władz poprzednich. Wszystkie te „dowody szacunku” zwróciłem nadawcom, ku ich ogromnemu zaskoczeniu
i zdumieniu. Wielu z nich przychodziło do mnie potem, tłumacząc się gęsto i
prosząc, abym nie traktował podarunku jako chęci obrazy z ich strony,
W ten oto sposób od
nowego szefa władzy ustawodawczej gminy poszedł sygnał, dający do zrozumienia
lokalnym biznesmenom, że nie należy on do tych, „którzy biorą”. Z tego też zapewne powodu nikt już nigdy więcej nie
wyraził mi żadnego podobnego „dowodu
szacunku” z powodu mej działalności w gliwickim samorządzie.
Nie wiem, czy na podobne próby wystawieni byli także
i inni członkowie władz gliwickiego samorządu ani, jeżeli takowe były, jak na
nie zareagowali.
¬
W owym czasie Rada Miejska, której skład w większości
stanowili tzw. liberałowie, odmówiła swego finansowego wsparcia dla mającego
PRL-owską proweniencję TPD[3] oraz dwóch innych tego rodzaju
organizacji społecznych. Z odmową na podobną prośbę o stypendium umożliwiające
specjalizację w trudnej dziedzinie foniatrii[4] spotkała się też gliwicka lekarka
Ewa Juszczak. Jakoś nie mogłem się z tym
pogodzić. Uważałem, że gmina ma obowiązek wspierać tego rodzaju społeczne
inicjatywy charytatywne oraz pomagać miejscowym lekarzom w samokształceniu.
Jest to bowiem działalność, z której w ostatecznym rozrachunku będą czerpać korzyści
obywatele naszego miasta. Idąc w ślady mego Ojca, który swego czasu z własnych poborów
sfinansował premię dla swego pracownika, zawiadomiłem Wydział Finansowy Urzędu
Miasta, że zrzekam się należnych mi diet służbowych. Dałem dyspozycję, aby
podzielić je na cztery równe części. Ćwiartki te należy odtąd co miesiąc
przekazywać na rzecz czterech podmiotów – pani doktor Juszczak i trzech gliwickich organizacji
charytatywnych: TPD, Towarzystwa Pomocy im. Brata Alberta oraz Caritasu. Tak
też się działo aż do końca pełnienia mego urzędu. Z pośród innych radnych,
podobną decyzję zrzeczenia się swych diet na rzecz potrzebujących podjął, o ile
wiem, jedynie Zbyszek Pańczyk.
Jako Przewodniczący Rady Miasta byłem często proszony
o udział w różnych uroczystościach lub akcjach dobroczynnych na rzecz miasta i
działających w nim instytucji. Za szczególny honor poczytuję sobie do dziś
propozycję, jaka została mi złożona, abym został jednym z założycieli Fundacji
na Rzecz Rozbudowy Regionalnego Centrum
Onkologii w Gliwicach. Fundacja miała na celu rzetelne rozdysponowanie
dotacji uzyskanych z budżetu Państwa i od Rady Miejskiej w Gliwicach, ale
głównie zdobytych ze źródeł niemieckich dzięki staraniom posła Janusza
Steinhoffa, późniejszego Ministra Przemysłu i wicepremiera w rządzie Jerzego
Buzka. Fundacja została zarejestrowana w
sądzie, a jej założycielami zostali (w alfabetycznej kolejności nazwisk,
zupełnie różnej od kolejności zasług): Wacław Mauberg, Zbigniew Pańczyk, Jadwiga Rudnicka, Krzysztof Rytwiński i Janusz Steinhoff. Dzięki działalności Fundacji, a
głównie Janusza Steinhoffa, Jadwigi Rudnickiej i Krzysztofa Rytwińskiego,
dobudowane do starego poniemieckiego szpitala, w którego pomieszczeniach
mieścił się Instytut Onkologii, nowoczesne skrzydła z salami szpitalnymi na 800
łóżek zostały wyposażone w zakupioną przez naszą Fundację ultranowoczesną
aparaturę diagnostyczną i terapeutyczną. Zlikwidowane zostało dzięki temu dotychczasowe
wielomiesięczne oczekiwanie chorych na specjalistyczne badania i zabiegi, co w
zdecydowany sposób wpłynęło na zwiększenie szansy wyleczenia choroby
nowotworowej. Mogę mieć nadzieję, że Fundacja przyczyniła się do uratowania życia
wielu ludziom.
Bardzo mile wspominam moje liczne kontakty z
dowództwem gliwickiego garnizonu wojskowego, choć pierwszy z nich nie był zbyt
udany. Z okazji niedawno przywróconego przez sejm przedwojennego Święta
Odzyskania Niepodległości Polski w 1918 roku, które było zniesione w okresie
PRL, zostałem w dniu 11 listopada 1990 r. zaproszony do jednostki wojskowej na
uroczystości. Jako jedyny cywil stałem na trybunie wśród grupy wystrojonych w
paradne mundury dowódców wszystkich jednostek garnizonu. Było zimno, wietrznie
i dokuczliwie zacinał deszcz. Defiladę otwierał poczet sztandarowy gliwickiego
pułku. Oficerowie wyprężyli się w postawie na baczność i salutując oddali
honory sztandarowi. Nie zrozumiałem doniosłości tej chwili i zamiast zdjąć
czapkę z głowy i przyjąć postawę zasadniczą jak inni, w dalszym ciągu stałem
skulony z zimna, niewrażliwy na to, co się wokół dzieje. Nie popisałem się –
nie okazałem szacunku sztandarowi. Zachowałem się jak zakuty cywil, którym w
istocie byłem, pomimo tylu pokoleń wojskowych przodków. Dopiero po przejściu
pocztu sztandarowego zorientowałem się, jak wielką gafę popełniłem. Było już
jednak za późno.
Mimo tego niefortunnego debiutu, moje dalsze stosunki
z dowództwem garnizonu były udane. Ceniłem sobie bardzo zaproszenia na imprezy
kulturalne organizowane w Klubie Garnizonowym przez energicznego instruktora
kultury, ppłk Jana Dudzińskiego, wernisaże licznych wystaw
wojskowej twórczości artystycznej czy spotkania z pisarzami okraszane występami
solistów gliwickiej Operetki, z którą garnizon utrzymywał liczne kontakty. W
owym czasie gliwicki Klub Garnizonowy miał bardzo liczącą się pozycję na liście
organizatorów imprez kulturalnych w mieście.
Pożyteczne, bo służące wzajemnemu poznaniu się,
wymianie myśli a przy okazji także i przekonaniu sceptycznie nastawionej kadry
oficerskiej pułku do zachodzących w Polsce przemian ustrojowych i
ekonomicznych, były oficerskie „męskie” obiady w małej intymnej salce Kasyna
Oficerskiego. Byłem na nie zapraszany przez dowódcę garnizonu pułkownika Jana
Szydłowskiego wraz z innymi przedstawicielami lokalnych
władz miejskich. Doskonała kuchnia, szeroki wybór mocnych trunków i niczym nie
skrępowane rozmowy czyniły je bardzo atrakcyjnymi.
¬
W tym czasie złamałem powzięte przed wielu laty
postanowienie, by nie zapisywać się nigdy do żadnej partii politycznej.
Zachęcony przez Zbyszka Pańczyka podpisałem listę osób, które w 1990 r. były w
Poznaniu członkami-założycielami ugrupowania politycznego o nazwie Partia
Chrześcijańskich Demokratów.
Była to niewielka partia, raczej kanapowa, założona
pod przewodnictwem posła na sejm RP Pawła Łączkowskiego przez dawnych działaczy NSZZ „Solidarność”.
Partia ta osiągnęła swe apogeum kilka lat później, gdy po połączeniu się z
„Porozumieniem Centrum” przyjęła nazwę „Partia Polskich Chrześcijańskich
Demokratów”. Wówczas to w rządzie Jerzego Buzka ministrem przemysłu i wicepremierem był Janusz Steinhoff, poseł ziemi gliwickiej z jej
ramienia.
Po 12-tu latach przynależności do tej partii złożyłem
rezygnację z członkostwa. Spowodowane to zostało utratą zaufania do jej sposobu
działania i jej elit. Miałem zastrzeżenia do nadmiernego upartyjnienia tych
ludzi. Przywódcy partii sprzyjali takiemu systemowi rządów
opartemu na układach biurokracji partyjnej, biznesu i interesów partykularnych,
który dobro własne stawia ponad interesem kraju. Dlatego niemałe znaczenie w podjęciu tej
dramatycznej decyzji miało zauważone przeze mnie myślenie władz
PPChD kategoriami partyjnymi, zamiast patriotycznymi – ponadpartyjnymi.
Przerost partyjniactwa nie jest wszak niczym innym, jak jedną z form
sprzedajności – zaniechaniem służby dla dobra ogólnego, czyli wartości
nadrzędnej, w zamian za zdobywanie stanowisk, wpływów, władzy i nie zawsze
czystych źródeł dochodów.
¬
Powrót Polski do
europejskiej rodziny demokratycznych krajów spowodował przybycie z zagranicy do
kraju tysięcy dotychczasowych dobrowolnych lub przymusowych emigrantów politycznych
i ekonomicznych. Ku wielkiej mej radości, znalazły się wśród nich także i moje
córki z mężami. Zięciowie otwarli w Polsce swe poważne firmy, córki zajmują się
wychowaniem dotychczasowych i rodzeniem następnych wnuków, a wszyscy razem
aktywnie włączyli się w nurt życia w kraju. Także i syn Andrzej, kontynuując rozpoczętą we Francji
karierę bankową, został z ramienia Wspólnoty Europejskiej oddelegowany w 1991
roku do pracy w Warszawie jako doradca w Ministerstwie Prywatyzacji. W ten
sposób wymuszona narzuconymi przez PRL warunkami politycznymi diaspora mojej
rodziny dobiegła wreszcie końca.
¬
Długotrwały konflikt z częścią pracowników gliwickiej
Służby Zdrowia z powodu uchwalonej przez Radę Miejską intencji komunalizacji
placówek lecznictwa w mieście, który jeszcze bardziej podzielił i tak już
wysoce skonfliktowane środowisko lekarskie, podzielił także również i Radę
Miejską. W całej Polsce ścierały się wówczas różnorakie poglądy na temat sposobu
naprawy i zwiększenia skuteczności odziedziczonych po socjalizmie struktur
ochrony zdrowia. Rząd zdawał sobie doskonale sprawę z pilnej potrzeby
restrukturyzacji tych służb, ale nie miał wyraźnej koncepcji jak tego dokonać –
przez komunalizację, prywatyzację, restrukturyzację, czy może jeszcze inaczej.
Stąd też wytyczne płynące z Ministerstwa Zdrowia nie były ani jednoznaczne, ani
jasne. Dodatkowe zamieszanie powodowała obawa niektórych dyrektorów o utratę
stanowiska, usiłowanie uwłaszczenia się na Zakładach Służby Zdrowia przez
innych, a bardzo silne na Śląsku lobby górnicze obawiało się całkowitej
deregulacji tej służby. W sumie było tyle sprzecznych, wzajemnie paraliżujących
swe działania partykularnych interesów, że istota sprawy, czyli uzdrowienie
chorej Służby Zdrowia zeszła na plan drugi.
Zaangażowałem się mocno na rzecz komunalizacji
placówek Służby Zdrowia w mieście. Jak się później okazało, na tyle silnie, że
niepotrzebnie naraziłem się zbyt wielu wpływowym osobom na eksponowanych
stanowiskach w mieście, województwie oraz Sejmie. Uruchomiłem ukryte sprężyny,
które także przyczyniły się potem do sytuacji, która zmusiła mnie do złożenia rezygnacji
z funkcji Przewodniczącego Rady.
Wcześniej jeszcze w
Radzie Miejskiej zaczęły wśród radnych narastać różnice poglądów na temat
kierunku, w jakim powinny iść przemiany w mieście. Spora grupa umiarkowanych
radnych, której stałem się z czasem leaderem, nie zgadzała się z ultraliberalną
polityką, jaką prowadził Zarząd Miasta. Składał się on wówczas całkowicie z
radnych będących zwolennikami prymitywnego, idącego po trupach drapieżnego
kapitalizmu, nie liczącego się zbytnio z potrzebami zwykłych szarych obywateli.
Ci liberałowie, niedawni koledzy z gonitwy za piłką na szkolnym boisku byli
przekonani, że są w stanie stać się równorzędnymi partnerami wieloletnich,
doświadczonych rekinów biznesu, którzy zjedli zęby w tym zawodzie. Życie
udowodniło, że byli w błędzie. Zafascynowani teorią o „niewidzialnej ręce
rynku” która wszystko jakoby wyreguluje, bardziej lansowali politykę faworyzowania
nielicznych raczej podmiotów wielkiego biznesu, z którymi współpraca rokować
mogła różnorakimi osobistymi korzyściami, niż popierania stanowiących
zdecydowaną większość w mieście, ale ubogich drobnych kupców i rzemieślników.
Delegacje zrzeszenia kupców interweniowały u mnie w swej sprawie wielokrotnie.
Powoli stałem się rzecznikiem ich interesów na posiedzeniach Rady Miejskiej, a
gdy omawiane były uchwały dotyczące środowiska kupieckiego, głosowałem na ich
korzyść. Poza tym niewiele mogłem im pomóc poza radą, aby w drodze referendum
spowodowali odwołanie Rady Miejskiej i zebrali w tym celu odpowiednią ilość
podpisów mieszkańców miasta. Jednakże kupcy nie odważyli się na otwartą wojnę z
samorządem.
Takie w ogólnych
zarysach były przyczyny konfliktu, który doprowadził zbyt „menedżersko” i
liberalnie nastawiony Zarząd Miasta sformowany przez Andrzeja Gałażewskiego do utraty większości i w konsekwencji do odwołania
tego Zarządu przez Radę Miejską.
Nowym Prezydentem
Miasta został Piotr Sarré, a jednym z wiceprezydentów Ewa
Bojarska. Byli to ludzie ideowi, uważający
iż słuszna racja sama się obroni i brzydzący się nie zawsze czystymi, ale
powszechnie stosowanymi i na ogół skuteczniejszymi twardymi metodami walki
politycznej. Nie uznawali potrzeby użycia tego, co na prywatnych zebraniach z
radnymi nazywałem w przenośni „misericordia” – krótkiego miecza
służącego w średniowieczu do dobijania po bitwie pokonanego przeciwnika, by
litościwie skrócić jego cierpienia. Nie uważali też za słuszną mej teorii
mówiącej o konieczności dobicia wroga gdyż ten, pozostawiony przy życiu, wylizawszy
się z ran i nabrawszy sił, przy pierwszej okazji skoczy znienacka swemu
wielkodusznemu zwycięzcy do gardła. Tak się też właśnie stało. Toutes proportions gardées, powtórzyła
się historia z bitwy pod Grunwaldem, gdy efekty zwycięstwa nad Krzyżakami w 1410
roku nie zostały w pełni zdyskontowane w ustaleniach Pokoju
Toruńskiego. Na forum gliwickim natomiast ultraliberalne poglądy
zwolenników drapieżnego kapitalizmu nie zostały wystarczająco skompromitowane,
a grupa liberalnych radnych dostatecznie spacyfikowana. Działalność nowego
Zarządu Miasta stała się przedmiotem ich ostrej krytyki. Z czasem do racji
swych zdołali przekonać większość. Zanosiło się na następną zmianę Zarządu
Miasta. Zaistniała sytuacja, której nie chciałem firmować swą osobą i
nazwiskiem. Za najbardziej właściwe rozwiązanie uznałem więc, by w lutym 1993
r. złożyć dymisję ze swej funkcji Przewodniczącego Rady Miejskiej w Gliwicach.
Jako leader grupy, która doprowadziła do odwołania liberalnego Zarządu Miasta i
powołania nowego, naturalną koleją rzeczy musiałem ponieść konsekwencje swych poczynań.
Dopiero trzeci Zarząd
Miasta w Gliwicach oraz nowy Przewodniczący Rady, mający oparcie w stabilnej
większości liberalnej Unii Wolności, z której się wywodzili i potrafiący być na
tyle elastycznymi by pozawierać korzystne koalicje, dotrwali do końca
czteroletniej kadencji. Raz jeszcze potwierdziła się słuszność przysłowia, że
do trzech razy sztuka. Znalazła tu także potwierdzenie zasada, iż rewolucja
pożera swe własne dzieci a pierwsi, ideowi i bezinteresowni entuzjaści nie
cieszą się długim politycznym żywotem. Służą oni Historii jedynie do przetarcia
drogi następnym, mniej ideowo a bardziej przyziemnie nastawionym szeregom
rewolucjonistów. To dopiero trzecia, pragmatyczna fala rewolucyjnych działaczy
ma szanse utrzymać się trwale przy władzy, co daje im możliwość finansowego
zdyskontowania zdobytej pozycji.
Obiegowa opinia twierdzi powszechnie, że „władza
kradnie”. Istotnie, pełnienie władzy stwarza liczne okazje jej finansowego
wykorzystania do celów prywatnych i nieuchronnie naraża na korupcyjne pokusy.
Trudno spodziewać się, aby wszyscy urzędnicy, zarówno ci z mianowania, jak i
pełniący swój urząd w wyniku wygranych wyborów, byli w swych działaniach całkowicie
bezinteresowni i naśladowali świętego Franciszka – rozdawali zamiast brać. Mają
raczej tendencję do postępowania zupełnie odwrotnego: traktują swój urząd jako
instrument umożliwiający radykalną i szybką poprawę swej sytuacji materialnej.
Dysponują wszak na to w najlepszym wypadku tylko krótkim czasem, jaki daje
czteroletni okres kadencji samorządu. Mają rodziny na utrzymaniu, wyszli
przeważnie z niezamożnego środowiska, a obecny świat wolnego rynku daje, w
porównaniu z minionym zgrzebnym socjalizmem, ofertę i pokusy niewyobrażalnie
większe. Na to trzeba pieniędzy. Nie muszą zresztą wykazywać własnej inicjatywy
w tym kierunku. Spływają na nich z wielu stron liczne nęcące propozycje udziału
w Radach Nadzorczych, lukratywne dowody wdzięczności w postaci
uprzywilejowanych imiennych akcji czy dodatkowe honorowe zatrudnienie w
zarządach lokalnych firm. Ironią demokracji jest, że owe kuszące propozycje, z
oczywistych względów, nie są kierowane do tych, którzy mają opinię nieprzekupnych,
lecz przeciwnie.
Znalezienie cienkiej linii będącej granicą pomiędzy
zabezpieczeniem interesów własnej rodziny a interesami społeczności której się
służy, jest bardzo trudne. W rezultacie, tylko nadspodziewanie mały ułamek
ilości tych działaczy, którzy wraz ze mną rozpoczęli samorządową przygodę, okazał
się być na tyle odporny na pokusy, by wyjść z niej bez poprawy swej pozycji
materialnej lub powiększenia w ten czy inny sposób swego stanu posiadania.
Stosowana w zachodnich demokracjach zasada, iż do pełnienia funkcji społecznych
wybiera się raczej ludzi posiadających własny majątek i finansowo niezależnych,
okazuje się ze wszech miar słuszną.
Rezygnacja z funkcji Przewodniczącego RM wywarła
zbawienny wpływ na stan mych interesów. Po prawie trzech latach od wyboru na to
stanowisko, wymagające ode mnie poświęcenia dużej ilości czasu i energii dla
pracy w samorządzie moja firma była tak zaniedbana, że znalazła się na skraju
bankructwa. Uratowanie jej od kompletnego upadku wymagało sporo wysiłku.
Musiałem poświęcić na to kilka następnych lat.
¬
Choć dalsze lata
obfitowały w wiele różnorakich ewenementów, ich opis jest utrudniony.
Niewielkie oddalenie w czasie nie daje wystarczającego dystansu dla ich
syntetycznej analizy.
Niewątpliwie
zasadniczym wówczas dla naszego kraju wydarzeniem i osobistym sukcesem Lecha
Wałęsy osiągniętym podczas jego prezydentury, była
definitywna ewakuacja wojsk
sowieckich z Polski. Nastąpiła ona ostatecznie 15 września
1993 roku, po 48-miu latach ich nieprzerwanej tu i niechcianej obecności.
Ostatni akt odzyskiwania przez Polskę pełnej suwerenności w końcu dokonał się.
Ostatnim natomiast
aktem zamykającym rozproszenie mych dzieci poza Polską był stały już powrót
Andrzeja do kraju. Po zakończeniu okresu oddelegowania
do pracy w Ministerstwie Prywatyzacji, paryska centrala banku, w którym
pracował powierzyła mu jako absolwentowi INSEAD w Fontainebleau
posiadającemu tytuł MBA, ambitną misję zorganizowania i otworzenia filii w
Warszawie. Z zadania tego Andrzej wywiązał się z pełnym sukcesem, w następstwie
czego został mianowany prezesem zarządu tego oddziału.
¬
Dużą niespodzianką i zaskoczeniem była wizyta, jaką
złożyli nam w Gliwicach w 1994 roku Alain Peyrefitte i jego żona. Peyrefitte, znany pisarz a
obecnie starszy już wiekiem członek Akademii Francuskiej,
wielokrotny poseł i senator w parlamencie francuskim, minister w wielu rządach,
w początkach swej kariery dyplomatycznej był w latach 1950-tych francuskim konsulem
w Krakowie. Z okresu tego datowała się jego znajomość i przyjaźń z rodzicami
Helenki. Będąc jak wielu innych znanych ludzi ze świata kultury i polityki pod
wrażeniem przemian w Polsce, postanowił odwiedzić nasz kraj, by osobiście
przeprowadzić rozmowy z politykami i działaczami związkowymi różnych szczebli
oraz naocznie przekonać się, jak wygląda polska recepta na bezkrwawy rozwód z
komunizmem. Na liście osób, z których opiniami chciał się zapoznać była
Helenka, którą pamiętał jeszcze z krakowskich czasów
oraz jej mąż, jako były internowany i działacz lokalnego samorządu oraz
Solidarności. Obiad, jaki Helenka urządziła w naszym małym domu upłynął na ciekawej
i błyskotliwej rozmowie.
¬
Stosunki w Polsce
powoli stawały się coraz bardziej normalne, a kompleksy odziedziczone po PRL
leniwie wygasały. W 1997 r. negatywna propaganda wokół osoby ostatniego łańcuckiego
ordynata Alfreda III Potockiego wypaliła się już na tyle, że dyrektor Muzeum w
Łańcucie mógł udostępnić kaplicę zamkową oraz salę bankietową zamku do
urządzenia swego ślubu Stanisławowi Potockiemu,
mieszkającemu w Peru, starszemu już wiekiem spadkobiercy Alfreda.
Ślub Stasia i Rose
de la Fuente odbył się w Łańcucie 19 kwietnia 1997 r. i był w pewnym
sensie wydarzeniem politycznym, bo przejawem zmian zachodzących w Polsce.
Wprawdzie Stanisław Potocki nie miał najmniejszego zamiaru występowania o
zwrot ordynacji, to jednak fakt wyrażenia zgody przez władze ówczesnego
województwa rzeszowskiego na wykorzystanie Muzeum dla prywatnej uroczystości
rodziny Potockich był wyrazem uznania jego jakichś minimalnych,
niesprecyzowanych bliżej praw do zamku. Jeszcze niewiele lat wcześniej byłoby
to nie do pomyślenia.
W parku nie było już wówczas tablicy z napisem o „rezydencji
będącej symbolem chłopskiej krzywdy”, a u bramy zamkowej witał uśmiechnięty
dyrektor Muzeum.
|
Uroczystości ślubne odbyły się na zamku, a ich
dalszy ciąg następnego dnia w modrzewiowym pałacyku myśliwskim w Julinie,
również obiekcie dawnej ordynacji. Z uwagi na osobę Pana Młodego i bezprecedensową
sytuację, przybyła na nie spora ilość członków rodziny i osób skoligaconych z
Potockimi. Niemałą ozdobą uroczystości była spora ilość dzieci. Moje wnuki
stanowiły wśród nich znaczący procent. |
|
|
|
|
Wnuczki tańczące na Pilawie w zamkowym hollu. Łańcut, 19 kwiecień 1997 r. |
Od tego
czasu Rose wprowadziła zwyczaj corocznego organizowania w
pierwszych dniach września przyjęcia dla rodziny, połączonego z koncertem w wielkiej
sali bankietowej na zamku. Zaproszenie na recitale te otrzymywali również
miejscowi notable. Wśród obecnych tam dzieci moje wnuki systematycznie
stanowiły miażdżącą większość.
¬
W tym czasie Andrzej spostrzegł, że większość jego rówieśników
założyło już rodziny i ma potomstwo. Zajęty bez reszty najprzód nauką a potem
pracą i zdobywaniem pozycji w życiu, zaniedbał kwestie sentymentalne. Stanowiło
to od dłuższego czasu powód naszego zmartwienia, toteż z wielką radością
przyjęliśmy wiadomość, że jest poważnie zainteresowany, z wzajemnością, pewną uroczą
osobą. Była nią mieszkająca i pracująca w Brukseli Marta Stypułkowska, córka Andrzeja i wnuczka mecenasa Zbigniewa Stypułkowskiego, który w 1939 r. był z ramienia Stronnictwa
Narodowego posłem ostatniej kadencji sejmu Drugiej Rzeczypospolitej[5]. Złowrogi cień, jaki komunizm
rzucił na losy mojej rodziny już od swego zarania, dotknął również i
Stypułkowskich. Podobnie jak mój dziadek Wacław-Ernest Mauberg, którego bolszewicy aresztowali w
1920 roku, w 25 lat potem dziadek Marty został aresztowany przez NKWD. Był
jednym z podstępnie zwabionych do Pruszkowa i porwanych przez Rosjan członków
polskich władz podziemnych, sądzonych następnie w Moskwie w tzw. Procesie 16-tu przywódców Polski Podziemnej.
Ślub cywilny Andrzeja i Marty odbył się w małej miejscowości Cabris na
południu Francji w grudniu 1997 roku, a ich ślub kościelny w Montrésor we
wrześniu 1998 r.
Ślub Andrzeja Mauberg z Martą Stypułkowską.
Montrésor,
5 września 1998 r.
Do montrésorskich
zwyczajów należała pomoc, udzielana osobom nie posiadającym odpowiedniego
ubioru na ślubne okazje. Cesia Szerauc, siostra Stacha Rey’a, wypożyczała potrzebującym w tym celu
smoking swego zmarłego przed laty męża, Jerzego. Był to tak zwany „cut away” – garnitur angielskiego
kroju, którego marynarka miała długie przycięte z boku w kształcie fraka poły,
w montrésorskim żargonie nazywany tu z polska „kutułajem”.
Nałożyłem więc znów
znajomego kutułaja i po raz trzeci
wpisałem się na długą listę jego użytkowników, umieszczoną w tym celu przez
Cesię w kieszeni marynarki. Kutułaj
leżał na mnie jak ulał. Miałem prawie dokładnie sylwetkę Jerzego.
¬
Sukcesom dzieci towarzyszył powolny upadek
firmy ich ojca. Z dochodów, uzyskanych jeszcze w okresie powszechnych braków
rynkowych przed rokiem 1989, na jesieni 1991 roku zakupiłem w Łanach Wielkich
zdewastowaną posesję, dokonałem kosztownego kapitalnego remontu i adaptacji
budynków do celów produkcyjnych. W następnym roku nastąpiło uroczyste otwarcie Wytwórni w miejscu nowej
lokalizacji. Jednakże po początkowym okresie prosperity, od 1998 roku Wytwórnia
MALWA zaczęła wyraźnie upadać.
Przez ironię Historii zostało to
spowodowane tymi właśnie procesami, o których zapoczątkowanie wspólnie z innymi
rozpocząłem starania w sierpniu 1980 roku i za co zostałem potem internowany w
czasie stanu wojennego. Były nimi powrót Polski do rodziny wolnych krajów,
otwarcie granic, wprowadzenie zasad wolnego rynku, zmieniająca się jego
struktura i wypieranie krajowych prymitywnych towarów przez nowoczesne
zagraniczne. Choć cena wolności okazała się dla mnie tak wysoka, nie żałuję, że
ją zapłaciłem.
[1] Od
francuskiego wyrażenia laisser faire –
pozwolić działać [niewidzialnej ręce rynku]. Filozofię tę sformułował w połowie
XX wieku Milton Friedman, charyzmatyczny profesor uniwersytetu w Chicago.
Zalecała ona całkowitą liberalizację rynku, zniesienie ochronnych barier
celnych, pełną prywatyzację przemysłu i zupełne wycofanie się państwa z
wszelkich mecenatów – w tym nad sztuką, opieką socjalną, lecznictwem i
szkolnictwem.
[2] Kongres Liberalno-Demokratyczny, nowopowstała partia
liberalna, zyskująca wówczas znaczne poparcie.
[3] Towarzystwo Przyjaciół Dzieci.
[4] Dział nauk medycznych w ramach otorynolaryngologii; nauka o wydawaniu głosu przez człowieka, tj. fonacji, jej zaburzeniach i ich leczeniu.
[5] Zbigniew
Stypułkowski po raz pierwszy został
wybrany posłem na Sejm RP w 1930 r. w okręgu Biała Podlaska z ramienia Ruchu
Młodych OWP. Był wtedy najmłodszym posłem, miał bowiem zaledwie 26 lat. Obok
niego z tego okręgu został wybrany ze Stronnictwa Narodowego dziadek Helenki, Seweryn Czetwertyński, późniejszy wicemarszałek
Sejmu. Stypułkowski wykazywał dużą aktywność w pracach sejmowych. Już w tym
czasie dał się poznać jako świetny mówca i polemista. Stypułkowski był doskonałym
obrońcą karnym, znanym ze zdolności obrończych i krasomówczych. W okresie lat
trzydziestych bronił w licznych procesach wielu działaczy narodowych. W latach
1930-37 pełnił funkcję prezesa Zarządu Okręgowego Stronnictwa Narodowego na
Podlasiu oraz członka Rady Naczelnej tej partii. Podczas okupacji po klęsce
wrześniowej przebywał w niewoli sowieckiej, a następnie niemieckiej. W 1942
roku został członkiem Tymczasowej Komisji Rządzącej, później zaś Wojennego
Zarządu Głównego SN. W latach 1943-44 pełnił funkcję sekretarza generalnego
Tymczasowej Rady Narodowej Politycznej, a w marcu w jej imieniu podpisał umowę
scaleniową NSZ i AK. W 1945 roku został "zaproszony" do Moskwy wraz z
innymi przywódcami Państwa Podziemnego, a następnie aresztowany. Po odbyciu czteromiesięcznego
więzienia w Moskwie Zbigniew Stypułkowski powrócił na krótko do Kraju, a potem
udało mu się wraz z synem przedostać na Zachód. Na emigracji dał się poznać
jako aktywny działacz Stronnictwa Narodowego. O porwaniu i swych przeżyciach w
Moskwie napisał książkę pt. Zaproszenie
do Moskwy.